Panasonic HM-TA1 – pierwsze wrażenia

O kieszonkowej kamerze Panasonic HM-TA1 już wspominałem. Teraz mogę powiedzieć nieco więcej. Kamerka do mnie dotarła i chwilę się nią już bawiłem. Niezbyt długo, więc to tylko wrażenia na gorąco, ale jednak. Jakie pierwsze wrażenie zrobił na mnie kieszonkowy Panasonic HM-TA1?

Małe draństwo!

Tym, co jako pierwsze rzuca się w oczy, są rozmiar i waga. Kamerka jest definicją gadżetów przenośnych. To urządzenie, które możemy spokojnie nosić w kieszeni dżinsów. Zawsze i wszędzie. Świetna sprawa, jeśli lubicie mieć przy sobie gadżet pozwalający na szybkie nagrywanie filmów i chwytanie fotek. Grubość kamerki jest nieco większa, ale nadal dostatecznie kompaktowa, by zupełnie się nią nie przejmować.

Kamerka Panasonic HM-TA1 jest też superlekka -waży nieco ponad 110 gramów razem z baterią i karta pamięci. Można spokojnie zapomnieć, że ma się ją w kieszeni.

Każdy umie użyć młotka

Druga rzecz, która od razu mi się spodobała, to prostota obsługi. Rzecz oczywista w takich urządzeniach, ale wszystko da się schrzanić. Tutaj tego nie zrobiono. Kamerka jest prosta w obsłudze jak młotek. Duży czerwony przycisk do rozpoczęcia i zatrzymania nagrywania, guzik aparatu do robienia szybkiej fotki, zbliżenie cyfrowe pod klawiszami nawigacyjnymi, a do tego trochę opcji w skromnym, ale przejrzystym menu.

Fani zmieniania wszelkiej maści ustawień nagrań i zdjęć nie mają tutaj czego szukać. Wybieramy rozdzielczość, wielkość zdjęć i proporcje materiałów (4:3 lub 16:9) i jedziemy. To nie jest oczywiście kamera do użytku nawet ćwierć profesjonalnego. To kieszonkowy gadżet, który ma być szybki, wygodny i dostępny w każdej sytuacji. I taki jest.

Poniżej szybka próbka filmu w jakości 720p.

Co mi się nie podobało po godzinie zabawy?

Wkurza trochę brak możliwości ładowania z gniazdka. Kamera ma wbudowany port USB, co jest znakomitą sprawą przy zgrywaniu materiału do komputera.

Tą drogą ładujemy też urządzenie. I tylko tą. W zestawie są kabel AV (do podłączenia pod telewizor) i przedłużka USB, ale oczami wyobraźni widzę problem, jaki brak ładowarki sieciowej może przysparzać w podróży, gdy wcale nie mamy ochoty zabierać ze sobą laptopa. Szkoda, że w zestawie nie ma sieciowej wtyczki z żeńskim USB (takie „przejściówki” można kupić bez problemu np. na Allegro, ale mogła być w zestawie).

Brakuje też zbliżenia optycznego. Zoom cyfrowy jest i działa zaskakująco szybko, ale jakość oczywiście wyraźnie spada.

O ograniczeniach w ustawieniach już wspominałem. Kamera jest prosta. Być może nawet za bardzo. Nie liczyłem na superzaawansowane funkcje, ale na przykład ustawienie diody LED (której obecność, nawiasem mówiąc, bardzo cieszy) w funkcji flasha, a nie ciągłego świecenia, byłaby miła.

Podobnie nie zaszkodziłoby trochę więcej opcji dotyczących zdjęć. Brakuje na przykład samowyzwalacza, który przecież przydaje się wielokrotnie podczas wycieczek ze znajomymi i rodziną.

Do koszyka czy do kosza?

Za wcześnie by stwierdzić, czy Panasonic HM-TA1 jest wart 550 złotych, ale pierwsze wrażenia robi niezłe. Nie jest to oczywiście jedyna minikamera na rynku i w żadnym stopniu jakaś rewolucyjna nowość. Wydaje się jednak, że spełnia podstawową zasadę funkcjonowania takich urządzeń – prostotę połączoną ze względnie niezłą jakością.

Zobaczymy, jak będzie po bardziej wnikliwych testach.

Więcej na ten temat: Panasonic HM-TA1

Kategoria posta: Aktualności, Kamery, Panasonic, Testy

Źródło: TechSfera

Regulamin komentowania

Panasonic Viera Connect z nowymi aplikacjami, m.in. TVN Player
Panasonic Viera Connect z nowymi aplikacjami, m.in. TVN Player

Zamknij